Historia patrona – Furii

Od Angeliki:

Niewielu dziś pamięta, że na początku moich działań pojawiały się głosy, by zmienić nazwę strony, że jest trudna. Niezrozumiała. Mało „chwytliwa”.

Tylko że ta nazwa nie powstała przypadkiem. Nie została wymyślona pod zasięgi.
Ona ma swoje źródło. 

TA HISTORIA MA IMIĘ.

 

Zanim zaczęłam interesować się ptakami, miałam szczury. Były moimi ulubionymi zwierzętami i miałam ich w życiu naprawdę wiele. Niestety przez alergię członka rodziny nie mogłam mieć kolejnych w domu rodzinnym. To była pierwsza lekcja rezygnacji z czegoś, co kochałam.

 

Mama zaczęła namawiać mnie na papugi – szczególnie faliste. Wspominała, że kiedyś je miała i że to wspaniali towarzysze. Ja jednak nie chciałam falek. Jeśli już myślałam o papugach, widziałam nimfy, konury słoneczne, różowe kakadu. Fascynowała mnie ich charakterystyka gatunkowa, ich temperament, ich inteligencja. Czytałam, oglądałam, mówiłam o nich coraz częściej. I wtedy wydarzył się moment, który dziś nazywam początkiem wszystkiego.

 

Koleżanka zabrała mnie do sklepu zoologicznego po przysmaki dla chomika. Nadawałam jej o papugach  jak najęta – wtedy już jak zwykle. Sprzedawczyni, słysząc naszą rozmowę, zapytała nagle: „A nie chcecie papugi? Ktoś ją złapał. Siedzi sama na zapleczu. Nikt się po nią nie zgłosił. Jest bardzo agresywna.”

Wiecie co zrobiłam, nie? Prowadź pani!

Zaprowadziła nas na tył sklepu. Mała klatka. Ptak wciśnięty w róg. Reagujący agresją na każdy ruch. Powiedziano mi, że jest „zła”, że gryzie i się rzuca.

Oczywiście, że ją wzięłam.

To była nierozłączka. Z powodu tej opisywanej wszędzie agresji dostała imię Furia.

Dziś wiem, że to nie była furia. To był strach. Samotność. Obrona.

 

To od niej wszystko się zaczęło.


Najpierw jedna papuga. Potem druga do pary. Potem coraz większa wiedza. Coraz większa odpowiedzialność.

Z Furią staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Budowanie zaufania trwało. Uczyliśmy się siebie nawzajem. On przestał być „agresywny”, a ja przestałam się bać jego reakcji. Z czasem, kiedy już stworzyliśmy więź, dostała partnerkę – Bulmę. Stały się stadem. Małym, ale prawdziwym.

Niestety po czasie okazało się, że Furia ma szybko rosnący nowotwór.

Diagnoza przyszła nagle.
Zbyt szybko.
Zbyt niesprawiedliwie...

 

Musiałam się z nim pożegnać i to było najcięższe pożegnanie w moim życiu. Miałam wielu zwierzęcych przyjaciół, ale Furia był inny. Ten mały, niepozorny ptak trzymał mnie w całości w czasie, gdy sama walczyłam z depresją. Kiedy trudno było wstać z łóżka, on czekał. Kiedy trudno było znaleźć sens, on był obok. Był codziennością, strukturą, obecnością. Gdy odszedł, została cisza, której wcześniej nie znałam.

Po jego śmierci do Bulmy dołączyła Flo – stworzyły parkę. Życie toczyło się dalej, choć już inaczej. Prócz Flo przyniosłam do domu wyskubaną bidę w podeszłym wieku. Mongi miał chorą wątrobę i serduszko. Wymagał opieki, spokoju. Przeżył swoje w cieple, bezpieczeństwie i towarzystwie – razem z drugą wyskubaną koleżanką, Milo, która dołączyła do niego po czasie.

Znajomi wiedzieli, że mam ptaki. Wiedzieli też, że nie przechodzę obojętnie. Dlatego któregoś dnia zapytali, czy nie wzięłabym od weterynarza ozdobniaka, który wymaga opieki. I właśnie od tego ozdobniaka zaczęło się prawdziwe ratownictwo.

Gołąbek diamentowy był pierwszym podopiecznym w mojej drodze związanej z pomocą ptakom spoza mojego domu. Po nim zaczęły przychodzić gołębie miejskie, grzywacze i kolejne gatunki.

 

Z jednego ptaka zrobiły się interwencje. Z interwencji – działania. Z działań – inicjatywa.

 

Gdyby nie Furia – moje małe „baby bibo”, jak pieszczotliwie nazywaliśmy nasze ptaki na anglojęzycznych grupach – pewnie dziś nie ratowałabym ptaków. Zapewne mieszkałabym teraz we Wrocławiu, tak jak planowałam przed laty. Zapewne nie poznałabym wielu wspaniałych osób i nie stała tu, gdzie stoję dziś. 

To dzięki niemu nauczyłam się, że za agresją stoi strach, że za „trudnym przypadkiem” stoi czyjaś historia. A nawet najmniejszy i najbardziej niepozorny ptak może zmienić czyjeś życie.

 

Dlatego strona i inicjatywa w Gorzowie nosi nazwę Furious Bibo Family.

„Furious” – od Furii.
„Bibo” – od czułego określenia naszych małych ptaków.
„Family” – bo z czasem powstała rodzina. Rodzina złożona z zabiedzonych, porzuconych, chorych, zapomnianych ptaków.

 

Ta nazwa to nie marketing.
To pamięć.
To wdzięczność.
To początek.

 

Furia jest patronem tej organizacji.
Bo wszystko zaczęło się od niego i jestem mu za to wdzięczna, bo mimo, że czasem jest bardzo ciężko, to nie oddałabym ptaków za nic. Nie zamieniłabym tego życia i doświadczenia, bo to ono sprawia, że jestem tym, kim jestem. I taką siebie kocham. Kocham ptaki i nadal kocham Furię.

Dziękuję Ci, mały przyjacielu.

 

BO TA HISTORIA MA IMIĘ.